biuro rachunkowe wrocław -
Barak.
- Nikt nie jest bez wad - przyznał uprzejmie Silk, drapiąc swe nierówne bokobrody.
- Mnie nazywają panem Wilkiem w tym szczególnym czasie i miejscu - zakończył starzec. - Lubię to imię, gdyż ten właśnie chłopiec mi je nadał.
- Pan Wilk? - powtórzył Silk i znów się roześmiał. - Jakże wesołe imię, stary druhu.
- Cieszę się, że takim je znajdujesz, stary druhu - odparł chłodno Wilk.
- Niech więc będzie pan Wilk - rzekł Silk. - Podejdźcie do ognia, przyjaciele, a ja poszukam czegoś do jedzenia.
Garion wciąż nie był pewien, co sądzić o dziwniej niedobranej parze. W oczywisty sposób znali
ciocię Pol i pana Wilka - i w równie oczywisty sposób znali ich pod innymi imionami. Fakt, że ciocia Pol może być inną osobą niż ta, za jaką ją zawsze uważał, mocno go niepokoił. Jeden z kamieni węgielnych jego życia został nagle usunięty.
Silk przyniósł gęstą zupę z rzepy z pływającymi w niej solidnymi kawałami mięsa i nierówno pokrojone, grube l pajdy chleba. Zdumiony własnym apetytem Garion rzucił się na jedzenie, jakby pościł od tygodnia.
Potem, z pełnym żołądkiem i rozgrzanymi przy ognisku stopami, wpół drzemiąc przysiadł na kłodzie.
- Co teraz, Stary Wilku? - usłyszał pytanie cioci Pol. biuro rachunkowe
wrocław - Co to za pomysł z tymi ciężkimi wozami?
- Rewelacyjny plan, nawet jeśli sam muszę go chwalić. Jak wiesz, o tej porze roku wozy krążą po drogach Sendarii we wszystkie strony. Przewożą plony z pól na farmy, z farm do wsi i ze wsi do miast. Nie ma niczego mniej zwracającego uwagę niż wozy. Jest ich tak dużo, że stają się niemal niewidzialne. Tak właśnie będziemy podróżować. Będziemy uczciwymi przewoźnikami.
- Będziemy czym? - upewniła się ciocia Pol.
- Woźnicami - odparł spokojnie Wilk. - Ciężko pracującymi przewoźnikami sendaryjskich towarów. Ciągle w podróży, by zdobywać majątek, zarażeni pragnieniem jazdy,
nieuleczalnie chorzy na romantyzm drogi.
- Czy masz pojęcie, jak szybko porusza się wóz?
- Sześć do dziesięciu mil na dobę. Wolno, przyznaję, ale lepiej podróżować powoli, niż zwracać na siebie uwagę.
Z niesmakiem kręciła głową.
- Gdzie najpierw, panie Wilku? - zapytał Silk.
- Do Darine. Jeśli ten, za którym podążamy, ruszył na północ, w drodze do Boktoru i dalej musiał przejeżdżać przez Darine.
- A co dokładnie wieziemy do Darine? - chciała wiedzieć ciocia Pol.
- Rzepę, pani - odparł Silk. - Wczoraj rano mój wielki przyjaciel i ja nabyliśmy we wsi Winold trzy wozy tego towaru.
- Rzepę? - zapytała wielce wymownym бак
топливный tonem ciocia Pol.
- Tak, pani. Rzepę - potwierdził z powagą Silk.
- Jesteśmy więc gotowi? - spytał Wilk.
- Jesteśmy - rzekł krótko Barak. Wstał, a jego kolczuga zadźwięczała.
- Powinniśmy bardziej wczuć się w rolę - oświadczył Wilk, mierząc Baraka badawczym wzrokiem. - Twoja zbroja, przyjacielu, nie jest odzieniem, jakie nosiłby uczciwy Woźnica. Powinieneś ją chyba zamienić na grubą wełnę.
Barak był urażony.
- Mogę nosić tunikę na wierzchu - zaproponował.
- Brzęczysz - zauważył Silk. - A zbroja ma wyraźny aromat. Pod wiatr, Baraku, pachniesz jak zardzewiałe żelastwo.
- Bez kolczugi czuję się nagi - poskarżył się Barak.
- Wszyscy musimy ponosić pewne
ofiary - stwierdził Silk.
Burcząc coś Barak podszedł do wozu. wyciągnął tobół ubrań i zaczął zdejmować kolczugę. Na lnianej tunice pod spodem miał duże, czerwone plamy rdzy.
- Tunikę też bym zmienił - oświadczył Silk. - Twoja koszula cuchnie tak samo, jak zbroja.
Barak spojrzał na niego z niechęcią.
- Coś jeszcze? - warknął. - Mam nadzieję, że nie obrazisz niczyjego poczucia przyzwoitości i nie każesz mi się całkiem rozebrać?
Silk zaśmiał się.
Barak zdjął tunikę. Olbrzymi tors pokrywały gęste, rude włosy.
- Wyglądasz jak dywan - zauważył Silk.
- Nic nie poradzę - odparł Barak. - Zimy w Chereku są chłodne i włosy pomagająmi się
бак топливный -
|