obozy narciarskie -
Polgardo. Tak dzieje się ze wszystkimi kobietami.
- My tego nie chcemy!
- Nic nie poradzę. Tak być musi. Powiedz Beldaran, że nie ma się czym przejmować.
- Mama mówi, że wszystko jest w porządku - powiedziałam siostrze.
- Jak może być w porządku?
- Cicho. Usiłuję słuchać mamy.
- Nie uciszaj mnie, Polgardo!
- A więc nic nie mów. - Skierowałam swoją uwagę do wnętrza. -Lepiej to wytłumacz, mamo. Beldaran zaraz postrada zmysły. - Nie uważałam za konieczne przyznać, że ja również byłam o krok od tego.
Wówczas mama udzieliła medycznego wyjaśnienia krwawych plam na naszej pościeli, a ja
przekazałam tę informację zdenerwowanej siostrze.
- I tak już będzie zawsze? - zapytała Beldaran drżącym głosem.
- Nie, tylko przez kilka dni. Mama powiedziała, że powinnyśmy się do tego przyzwyczaić, ponieważ to będzie przydarzać się nam co miesiąc.
- Co miesiąc?! - Beldaran była wstrząśnięta.
- Tak powiedziała. - Uniosłam się na łóżku i spojrzałam w kierunku posłania wujka Beldina. - Posprzątajmy to, dopóki śpi - zaproponowałam.
- Dobry Boże, tak! - przystała żarliwie. - Umrę, jeśli on się o tym dowie.
Jestem całkiem pewna, że nasz pokraczny wujek zdawał sobie sprawę, co się działo, ale nigdy obozy
narciarskie o tym nie rozmawialiśmy.
Wujek Beldin miał własną teorię na temat tego, kiedy członkowie mojej rodziny ujawniali to, co mój ojciec nazywał „talentem"- twierdził, że „talent" ujawnia się wraz z nastaniem okresu dojrzewania. Być może, ja przyczyniłam się do tego. Miałam chyba ze dwanaście lat. To był „ten czas miesiąca". Beldaran była osowiała, ja - rozdrażniona. Matka wspomniała, że „coś może się wydarzyć" osiągnęłyśmy z Beldaran pewien stopień dorosłości, ale mówi o tym dość niejasno. Najwyraźniej pierwszy kontakt z „talentem" musiał być spontaniczny. Nie pytajcie mnie, nie mam najmniejszego pojęcia, jak rozsądnie
wytłumaczyć. Pamiętam okoliczności tego pierwszego wypadku. Niosłam torbę z ziarnem do Drzewa. Utyskiwałam pod nosem. Z upływem czasu ptaki stały się ode mnie zależne i bez skrupułów wykorzystywały moją hojność. Ptaki, podobnie jak inne stworzenia, jeśli tylko zjedzą, bywają leniwe. Pod Drzewem przywitał mnie harmider. Ptaki domagały się nasion. To rozdrażniło mnie jeszcze bardziej. O ile wiem, żaden nauczył się mówić „dziękuję". Były ich tam teraz całe stada i w krótkim czasie uporały się z dzienną porcją. Potem zaczęły skrzeczeć o więcej.
Siedziałam na swym ulubionym konarze i natrętne wrzaski złościły mnie jeszcze
filorga bardziej. Pomyślałam wówczas chciałabym mieć pod ręką niewyczerpalny zapas ziarna, żeby je uciszyć. Sójki były szczególnie napastliwe. Ich skrzek doprowadzał mnie do pasji. W końcu, u granic wytrzymałości, krzyknęłam: - Więcej ziarna!
I nagle ziarno pojawiło się - całe jego sterty! Byłam oszołomiona. Nawet ptaki wydawały się zaskoczone. A ja do tego poczułam się absolutnie wyczerpana.
Ojciec zawsze używał wyrażenia „Wola i Słowo", by opis robił, ale myślę, że jest ono zbyt zawężone. Z mojego doświadczenia wynika, że „Życzenie i Słowo" również dobrze pasuje.
Pewnego dnia muszę o tym z ojcem porozmawiać. Jak często
się dzieje w takich wypadkach, mój pierwszy czar narobił wiele hałasu. Jeszcze nie skończyłam sobie gratulować, gdy przyfrunął jastrząb z niebieską obrączką i dwa gołębie. Jastrzębie i gołębie zwykle nie fruwają razem - chyba że jastrząb jest głodny - więc natychmiast wydało mi się to podejrzane. Całość wylądowała na moim konarze, po czym zamigotała i na moich zmieniła postać.
- Ziarno, Polgardo? - zapytał słodko Beltira. - Ziarno?
- Ptaki były głodne - powiedziałam. Cóż za głupie wyjaśnienie dla cudu!
- Nad wiek rozwinięta, prawda? - mruknął Belkira do wujka Beldina.
- Pewnie mogliśmy się tegospodziewać
filorga -
|